Głupie pomysły mają to do siebie, że się zazwyczaj nie zastanawia przez wyrażeniem zgody, potem się żałuje, a jak przychodzi co do czego, to wygłup się powtarza. I tak było tym razem. Kiedy dwa lata temu pierwszy raz dałem się namówić na Skorpiona, na mecie byłem pewien, że to nie moja zabawa. Ale uległem ponownie.
Trochę z niepokojem (kręgosłup dopiero po rehabilitacji), trochę z ciekawością (czy znowu będzie śnieg po pas), trochę z nadzieją (że znowu pudło w mixach) i co nieco z ambicją (że ukończę trasę w dobrej formie i będę zadowolony z wyniku) pojawiłem się w Krasnobrodzie. O godzinie ósmej rano w sobotę, gdy normalni ludzie jeszcze śpią, ewentualnie zajadają dobre śniadanko, ja wraz z leniwymi współtowarzyszami: AnnS (moja druga połówka do mixa), Krasnalem i Darkiem, a także dwójką śmiałków z Doktorka stałem w pełnym zimowym rynsztunku na boisku szkolnym czekając z mapą w ręku na sygnał startu. Warunki pogodowe o niebo lepsze niż poprzednim razem (nieco poniżej zera stopni, niewiele śniegu) dawały nadzieję na przyjemną "wycieczkę" bez zbędnego zmagania się z nadmiarem tego, czym natura obdarza zimową porą.

Dość długo nie byliśmy pewni, czy uda nam się wybrać do Bytowa na 27. edycję Harpagana. Całe szczęście plan zajęć na uczelni sprzyjał nam i po zaliczeniu czwartkowej laborki Trzmiela z elektroniki oraz mojej w piątek z podstaw radiokomunikacji spakowaliśmy się i po przyjeździe Glidera zapakowaliśmy rowerki na dach jego Nexii i ruszyliśmy w drogę. Następny dzień, czyli 17 kwietnia, miał być dla nas dniem wielkiej przygody i nie mniejszych emocji.

